1. Od słów do czynów

Nie mam wątpliwości, że jestem jedynym adresatem tego tekstu. A jeśli poziom samozaparcia w tworzeniu tego bezsensownego dzieła będzie wyższy niż poczucie żenady – będę dodawał kolejne wpisy. A każdy z nich traktował będzie o tym, że bieganie jest beznadziejne. Nienawidzę biegania!

Gdyby nawet założyć, że ten blog dotarłby do większego grona osób to i tak nie wzbudzi zainteresowania, bo przecież jak ktoś biega, to czerpie z tego tyle radości, że mógłby obdzielić nią cały świat i rzecz jasna czyni to przy każdej okazji („musisz spróbować”,  „ja też na początku tylko truchtałem”, „kup sobie dobre buty”). Z drugiej strony, jak ktoś nie biega (są jeszcze tacy?), to guzik go obchodzi co ja myślę o bieganiu.

Starałem się znaleźć sens i pożytek w bieganiu, ale tak dla samego siebie. Nie da się. Bieganie, jeśli nie gadasz o nim na prawo i lewo, nie publikujesz ku wzbudzeniu podziwu swoich tras i wyników, jest po prostu zwykłym bieganiem, które jest nudne, męczące i bolesne. Jestem pewien, że gdyby odebrać całemu gronu biegaczy profile na portalach społecznościowych, smartfony, gpsy i zabronić im mówić o tym, co najmniej połowa po tygodniu musiałaby znaleźć sobie nowe hobby. Pominę na potrzeby tego bloga ten drobny wycinek biegających, którzy nie mogą nie biegać z uwagi na nadmiar jakichś hormonów czy inne ADHD.

Dlatego właśnie uważam, że bieganie jest słabe. A gdyby wyciągnąć przed nawias te kolorowe fatałaszki, zaawansowane technologicznie systemy stabilizujące i amortyzujące wszywane przez biedne kobiety w Azji do pstrokatych adidasków, gdyby nie można było się nawzajem wspierać, łączyć w grupy, startować w płatnych biegach po ulicach miast – w nawiasie zostaje człowiek, który po prostu wychodzi z domu i biegnie, a potem wraca. Nuda do bólu. A skoro już mowa o bólu – nie jest możliwe bieganie bez niego – prędzej czy później każdy szczęśliwy biegacz musi zrobić sobie przerwę – krótszą lub dłuższą  przerwę od biegania – bo kolanko, bo kostka, bo biodro, bo pasmo, bo naprężacz, bo wiązadło, bo palec, bo co? Bo jajco.

Biegam i ja. Walczę z grawitacją, zmęczeniem, bólem kolana i kostki,  i jak uda mi się ruszyć tyłek, to wychodzę w swoich technicznych ciuszkach i specjalnie dobranych butach (które przyodziewam bardziej dla profesjonalnego wyglądu niż z potrzeby), po to by odliczać kilometry wymęczonego treningu, podczas którego cały czas toczę bój o prędkość, o kolejne sto metrów, czasem o każdy krok. I kiedy uda się w końcu wyjść i przebiec zaplanowany trening, wracam obolały do domu i zasypiam bez wyrzutów sumienia, że się nie ruszyłem.

Nie wierzę też w motywacje pozytywne, którymi epatują na fejsbuku kolorowi, acz nudni jak bieganie, blogerzy biegowi. W klasycznym schemacie każdy z nich na początku był ospały, smutny, gruby i nieruchomy, ale dzięki grupie wsparcia fanów i dzieleniu się swoją nową cudowną pasją udało im się pozbyć nadmiar tłuszczu i zostać biegaczem, a uśmiechom na selfikach nie widać końca.

Dlatego i ja, w poszukiwaniu motywacji, zakładam tego bloga. Żeby powiedzieć jasno – nie lubię biegać i rzadko sprawia mi to jakąkolwiek przyjemność, a jeszcze rzadziej jest ona większa od przykrości – to nudne i bolesne przedsięwzięcie, które rodzi więcej frustracji niż pożytku. Ale biegam, bo w niczym nie jestem mądrzejszy od innych biegających blogerów. Nie ma potrzeby zarzucać mi w tym miejscu hipokryzji, skoro sam daje na to dowód ostateczny w postaci tego bloga i niniejszym się do tego przyznaję.

No i wygląda na to, że mój pomysł zaczyna przynosić  pozytywne skutki, bo od rana na myśl o bieganiu odczuwałem jedynie ból brzucha, a teraz planuję jednak wyjść i odbębnić kolejny mały, męczący, nudny krok w realizacji planu treningowego do półmaratonu, za udział w którym zresztą musiałem zapłacić, bo bieganie za darmo, dla siebie, bez poprawy wyników, publikowania tego oraz epatowania tym wokół – nie ma sensu.

Realizacja tego bloga zbiegła się w czasie z pierwszym dniem roku dwa tysiące siedemnastego, jest to raczej przypadek. Ale skoro do tego zbiegu doszło, można na nowych, czystych kartach kalendarza poudawać trochę super szczęśliwego biegacza i zadeklarować jako postanowienie noworoczne stuprocentowe wykonanie planu treningowego na półmaraton w czasie 1:40h. Na samą myśl jest mi niedobrze. Nie, zacznę od jutra. Dzisiaj mi się nie chce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *