6. Temperatura cz. 1

Mróz wykazał się odrobiną uprzejmości, z której musiałem skorzystać. A weekend w swym szaleństwie pozbawił mnie trochę oporów przed bieganiem w minusowych temperaturach, więc bez zbędnego marudzenia wyszedłem mieć to już z głowy.

A skąd ta odwaga? Wczoraj miałem okazję, by poznać sekrety fińskiej sauny w profesjonalnie przygotowanej drewnianej chatce, w dwóch sesjach prowadzonych przez mistrza ceremonii zwanego „saunamistrzem”, który przy pomocy machania ręcznikami i wachlarzami z gracją akrobaty artystycznego, ciosał rozgrzane powietrze i oblewał falami gorąca wszystkich saunowanych. Dotychczasowe korzystanie przeze mnie z sauny, porównując z opisywanym wydarzeniem, śmiało mogę określić jako siedzenie w ciepłym pokoiku. Efekty cieplne i zapachowe, które oferuje saunamistrz są jedyne w swoim rodzaju – żar wyciska z ludzi pot, łzy i jęki. Polecam to przedsięwzięcie całym swoim autorytetem blogera. Organizm musiał walczyć z uderzeniami niesamowitego gorąca, a sama atmosfera i użyte aromaty sprawiały, że mimo pragnienia ulgi i wyczekiwania końca seansu niemal od jego początku, było to bardzo przyjemne. Doznania potęgował fakt uczestniczenia w czymś elitarnym, dziwacznym, nieprzeciętnym.

Atmosferę wyjątkowości wzmógł obyczaj saunowania, który obejmował nie tylko przebywanie w rozgrzanej chatce w sosnowym lesie: po wyjściu z sauny zamiast wrócić na basen, w samym tylko ręczniku, na kilkustopniowym mrozie, obyczaj ów nakazuje nacierać ciało śniegiem celem schłodzenia go. Tak jakby sam mróz nie dawał sobie z tym rady. W dobrym tonie było też wytarzać swoje ciało, łącznie z – o zgrozo – genitaliami, w mroźnym śniegu. Na to ostatnie brakło mi odwagi – a może alkoholu, bo współtowarzysze nie wylewali za… ręcznik?

Nawet najdokładniejsza recenzja jednak nie odda wrażeń, z którymi miałem do czynienia. Polecam wszystkim taką przygodę – nacieranie się śniegiem jest do przejścia, ale stanie bez klapek na śniegu to koszmar.

Po wczorajszych wydarzeniach dzisiejsza dycha po kieleckiej gołoledzi była temperaturowo do przełknięcia. Buty też dały radę i nie musiałem nadrabiać zaległości z tarzania się w śniegu.

Jutro mam się zmierzyć z czymś skrajnie innym, choć z tej samej kategorii. Morsowanie. Tak, zamierzam wejść do jeziora przez wykuty w tafli przerębel. Tyle na dziś, palce kostnieją na samą myśl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *