11. Dramat blogera biegowego.

Miesiąc bez biegania, bez wpisów na blogu, bez zdjęć na instagramie. W końcu poprawiła się pogoda, przytrafił się przyjemnie luźny weekend i wyszedłem biegać. Założyłem najlepsze ciuchy i najwygodniejsze buty, a lewy nadgarstek ozdobiłem profesjonalnym zegarkiem. Przyjemna, bezwietrzna pogoda, całkiem miły fragment ścieżki wzdłuż torów, potem las. A od trzeciego kilometra do końca treningu tylko jedna myśl: „STOP!”.

Dawno już nie stoczyłem takiej wojny z pragnieniem zatrzymania się i powrotu do domu najkrótszą drogą, spacerem, wolniutko. Każdy kolejny kilometr przed przebiegnięciem wydawał się wysiłkiem ponad możliwości. Parametry treningu na bieżąco kontrolowane, żeby przebiec te dziesięć kilometrów poniżej godziny. Tylko z takim wynikiem widziałbym sens wystartowania w półmaratonie. Walka, walka, walka. Każde sto metrów chwytałem jak złoto. Jednak nie ugiąłem się pod ciężarem pokusy zatrzymania się i zrobiłem planowaną dyszkę w 59 minut. Trening jeszcze okrasiłem zestawem brzuszków, pompek i solidnego rozciągania – wszystko pod chmurką, w parku.

Prawdziwy dramat jednak pojawił się już po treningu, kiedy przypomniałem sobie o moim blogu, moich czytelnikach, moim instagramie. No i o moim telefonie, którego nie wziąłem na trening. Wróciłem więc do domu bez żadnej fotografii, do tego zdewastowany, ale i trochę dumny – a jedyną pamiątką z tego jest tylko zapis z GPS.

Czy było warto się tak męczyć i nie móc upublicznić zlanej potem i wykrzywionej nieszczerym grymasem uśmiechu twarzy? Nie wiem, sam oceń. W załączeniu dwie sztuki screenów z endomondo – dwie, bo skoro bez należytej fotorelacji udało mi się przebiec pierwszy raz po dłuższej przerwie, postanowiłem zaryzykować z drugim treningiem (13-03-2017r.) również bez telefonu i zdjęć, ale z zaangażowaniem do samego końca, co potwierdza wykres tętna. No i z zegarkiem – stąd drugi screen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *