Pierwszy nienumerowany wpis podsumowujący

Czas podsumować pierwszy kwartał bieżącego roku – okres od powstania bloga po mój występ na półmaratonie. Nadal – mimo starań – nie udało mi się rozpropagować marki haterunning.pl. Odbiór społeczny jest raczej krytyczny, niźli przychylny, ale wśród różnych opinii trafiła się taka, że za wcześnie na wyciąganie wniosków. Może chociaż jakiś prywatny pożytek mi to zajęcie przyniesie.

Mija drugi dzień po półmaratonie, a mnie nadal boli – głównie wszystko. Mniej niż nogi, ale jednak trochę – boli także fakt, że w ferworze finiszu przebiegłem przez metę i ominąłem prawą stroną ustawiony tuż za nią prawy punkt kontrolny. Jeśli bloger przez kilka miesięcy pisze głównie o jednym konkretnym biegu, a potem bezrefleksyjnie przebiega nie tam, gdzie powinien, to komentarz jest zbędny. Rada na przyszłość: lewy omiń prawą stroną, a prawy – lewą. Dobrze, że biegłem z zegarkiem GPS i zrobiono mi kilka fotografii – mam dowody, że tam byłem. Nieoficjalny czas wynosi 7259 sekund, a ten z zapisu GPS – 7142 sekundy. Siląc się na obiektywizm wykonałem działania ustalając średnią arytmetyczną wskazanych wyników – z obliczeń tych wynika, że pokonałem półmaraton w dwie godziny i pół sekundy. Nie osiągnąłem założeń ze stycznia, ale to dobry wynik jak na totalne olanie planu treningowego.

Pierwsza dycha była nawet – uwaga – przyjemna. Myślę, że to dzięki sporej dawce kofeiny i mojemu jedynemu (jak mi się na starcie wydawało) kibicowi. Zadowolenie zaczęło spadać głównie przez współpółmaratończyków, według których zasady ruchu prawostronnego nie zasługują na przestrzeganie, a każde miejsce jest dobre na to, by stanąć. W końcu to bieg, więc dlaczego nie postać chwilę na środku? Życząc tym gamoniom rychłej śmierci, lawirowałem wąskimi alejkami Parku Łazienkowskiego. Większość trasy jednak – ku zadowoleniu warszawiaków – obejmowała szerokie ulice centrum stolicy, więc crème de la crème ulicznych biegów, czyli biegaczy w „zabawnych” strojach i ojców pchających wózki z płaczącymi i przestraszonymi dziećmi również udało mi się sprawnie omijać. Cała ta hołota i totalny egoizm większości biegaczy nie zepsuły mi zbyt dużo krwi – odnalazłem swój tor na trasie, starając się nie przeszkadzać innym. Ostatnie kilometry, kiedy w trasę wkomponowano podbieg, to po prostu cierpienie – ze sportem, zdrowiem, przyjemnością i zabawą to nie miało nic wspólnego – ale dobiegłem (czyt. doczłapałem) do mety.

Grupa moich kibiców w trakcie biegu podwoiła się, a jej doping wyzwolił dodatkowe pokłady energii. W tym miejscu pragnę Wam podziękować – daliście mi siłę i motywację do ukończenia tego biegu w chwili, kiedy zaczynało być już coraz trudniej. Stanowicie dowód, że znaczenie ma nie ilość – a jakość. W tej idei trwam dalej – więcej wart jeden fan, niźli tłum gapiów.

A teraz czas na regenerację i rekonesans.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *