Pragnienie lajków

Nie chciało mi się pobiec, ale to bardzo mi się nie chciało. Tak, że hej mi się nie chciało. Ale pomyślałem sobie – nie możesz przegrać. Bo jakbym nie pobiegł, to bym przegrał. I pobiegłem. Trening mi się nie udawał, byłem zły, więc pomyślałem sobie – nie możesz być zły, bo Ci się jeszcze bardziej nie uda! Podczas treningu padał deszcz, ale w końcu każdy deszcz kiedyś przestaje padać! I co? Jajco! Trening był super! Pamiętaj – ja też kiedyś  biegałem wolno – a teraz? Biegam szybko! A będę biegał jeszcze szybciej! Jak tylko wyleczę kontuzję! Bo muszę coś udowodnić światu, sobie, Tobie, innym i komuś jeszcze. Dziękuję za wsparcie – super, że jesteście.

Generalnie w sporym uproszczeniu tak wygląda niemal każdy wpis blogera biegowego. Jak się do tego odnieść? Kto łyka te bzdury? Komu one są potrzebne? Pytania się mnożą, ale nie znajduje motywacji, żeby na nie odpowiadać. Mam ważniejsze sprawy na głowie – niebawem stracę pracę, moje jedyne źródło dochodu – potrzebuję więc bez zbędnej zwłoki zacząć zarabiać na tym blogu, więc to nie są już żarty, nie będę też prosił – Ty musisz to czytać, musi Ci się to podobać, musisz mi dawać lajki, uśmieszki, serduszka i przede wszystkim pieniądze. W zamian będę wrzucał swoje zdjęcia, ale nie takie zwykłe, tylko przefiltrowane w Instagramie. Ponadto będę publikował takie nic nie wnoszące teksty i podobne, a może kiedyś nawet w końcu jakieś w miarę fajne.

Chodzę, biegam, szukam nowych tematów, to zajrzę tu, to tam. To znów się przebiegnę w tę i z powrotem. Ale temat biegania jest niestety tak nudny, jak samo bieganie. Poza tym rzeczywistość blogera biegowego (nie takiego jak ja, tylko poważnego) nie ulega z grubsza zmianie – żaden (bloger biegowy – przyp. mój) nie robi prawie nic poza chwaleniem się wynikami i udostępnianiem zdjęć swojego organizmu przywdzianego w przeróżne części garderoby biegowej na tle przedziwnych ścieżek i chodników. A najgorzej, jak któryś ma za dużo czasu albo nie zużył całej energii na treningu – wtedy bowiem siada do komputera i jeszcze do tych fotografii dorzuci swoje dwa grosze – wtedy żarty się kończą – zaczyna się wtórny, nudny, tysięczny wykład o zwycięstwie, nie poddawaniu się, pierdołach i dupie Maryni (patrz akapit pierwszy). Te bzdury motywacyjne, zaczerpnięte ze szkół kołczingu, przynoszą radość utytej gawiedzi – ta zaś w zamian za kilka frazesów oddaje swoje ostatnie lajki, a że sama jest pazerna na serduszka, więc też idzie biegać i wrzuca potem zdjęcia butów czy spoconej facjaty – wraz z informacją o rezultacie treningu.

Czy gdyby zabrakło blogerów, ich „motywujących” wpisów i rozpadłyby się skupione wokół nich społeczności wzajemnego wsparcia – ludzie nie wykrzesaliby z siebie wewnętrznej siły do zamiany batona na  marchewkę, a siedzenia na ruch i w mig zalaliby się tłuszczem? Czy gdyby chodziło tylko o zdrowie i życie, a nie o wzajemne lajki i serduszka – ludzie nadal tak chętnie rezygnowaliby z rozkoszy spożywania pączuszków, frytek, piwa i innych pyszności?

P.S.

Ja tu się pocę przy pisaniu bardziej niż tamta hołota i nadal bieda! Kilka lajków, kilka serduszek. Żaden adidas czy inny ribok nie da mi złamanego grosza za ulokowanie produktu pośród kart mojego bloga. To się musi zmienić.

Reasumując – nie pozostawiasz mi wyboru – oto dla Ciebie kilka frazesów motywacyjnych, spośród których wybierz sobie dwa dowolne za darmo (trzeci w wyjątkowej cenie trzech serduszek i dwóch lajków):

a) „Biegaj, nawet jak Ci jest źle! Będzie super, przysięgam! Mi było super!”
b) „Kiedyś nawet nie mogłem ustać, a teraz biegam jak puma!”
c) „Każdy ma gorszy dzień. Ja też. Ale zamieniam je w lepsze endorfinami! Rusz się!”

Starczy. Zmotywuj się – idź biegać nawet jak Ci się nie chce. Czekam na lajki. I serduszka. Dziękuję za wsparcie – super, że jesteście.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *