2. Zaczęło się piekło

A więc robaczki (będę udawał, że istniejecie), drugiego dnia stycznia dotarło do mnie, że równo 12 tygodni dzieli mnie od próby przejścia na wyższy poziom biegania ukończeniem PZU Półmaratonu Warszawskiego w czasie godziny i czterdziestu minut. W związku z powyższym postanowiłem, że nawet jeśli znajdę inne hobby – takie, które da mi odrobinę radości – to i tak wytrwam w realizacji mojego planu treningowego. Przecież jestem biegaczem, a teraz to nawet blogerem biegowym (i proszę nie szydź tylko dlatego, że nikt tego nie czyta).

To moje pierwsze w życiu postanowienie noworoczne. Żeby zarżnąć organizm biegając na mrozie, w wichurze, zamieciach i zawiejach, dla wyniku. Super.

Mój plan treningowy obejmuje właśnie dwanaście tygodni i opiera się na trzech treningach tygodniowo. Jeszcze chwilę temu przygotowany miałem plan z czterema wyjściami w tygodniu, ale szczęśliwie znalazłem dużo lepszy, czyli zawierający mniej treningów.

No to do dzieła. Drugiego stycznia, zgodnie z harmonogramem planu, w godzinach wieczornych wyszedłem przebiec dziesięć kilometrów w tempie 5:30-5:40. Udało mi się przebiec ten dystans ze średnim tempem brutto 5:38. To ma być trening? Grzałem po śliskim, zaśnieżonym chodniku, zgrzany i zmarznięty jednocześnie, zerkając co chwilę na zdecydowanie wolniej niż bym chciał zmieniającą się wartość dystansu na zegarku. A pojawiający się co i rusz znienacka mój cień przypominał mi, że się garbie, macham dziwnie rękami, w skrócie – w niczym nie przypominam biegacza, choć fatałaszki przyodziałem profesjonalne, a i zegarek GPS też do najtańszych nie należy.

Czy ja to kiedykolwiek polubię? Czy kiedykolwiek da mi to radość? Czy faktycznie da się odczuwać jakąś przyjemność z biegania? Po co biegnę? Quo vadis?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *