4. Słodki Jezu

Mimo, że wirus ma się dobrze i nadal trwa przerwa od biegania, powrót do treningów nie jest dominującym marzeniem tutejszego blogera. Dał on się bowiem przekonać do uczestniczenia w przedsięwzięciu zorganizowanym przez blogerów od diet i bierze udział w detoksie cukrowym. Boże kochany, dlaczego ja to sobie robię? Co ja bym dał za pączusia albo piwko… Siedem złotych nawet, albo i z osiem. Ale wiedząc, że Jej bardzo na tym zależy, postanowiłem (wow, to już drugie postanowienie okołonoworoczne) wejść w to na sto procent. No i w ten sposób od tygodnia praktycznie nie jem cukru, nieco tylko ryżyku czy kaszki, za to zżeram od groma warzyw. Dobrze, że mam jeszcze – jutro się kończy – urlop od biegania, ponieważ niechybnie musieliby mnie ratownicy medyczni zdrapywać z chodnika, gdybym poszedł teraz biegać.

Ale już nie utyskuję, dziś był dzień przełomowy, detoks zaczyna działać – waga się uspokoiła, żołądek skurczył i nie domaga się co chwilę bułeczki z masełkiem. Brakuje wciąż mojej zgody na utratę możliwości spożywania piwa, ale z ciekawości choćby pociągnę ten detoks dalej. A ciekawość rzeczona będzie miała szansę być zaspokojona już jutro, gdy nastąpi smutny koniec słodkiej przerwy od biegania i postawię swoje ukryte w kolorowych adidasach stopy na bieżni treningowej. I zdziwię się, jeśli nie stracę przyjemności na pierwszym kilometrze.

Tak oto z własnej woli zmieniłem swoje życie w koszmar: ostry (jak dla mnie) plan treningowy do półmaratonu i zdrowe jedzenie. Fuj. Niech mnie dunder świśnie.

Ale Ona jest szczęśliwa, więc dla zdrowotności i Jej uśmiechu poudaje jeszcze chwilę, że radość sprawia mi jarmuż i marchewka. Ale detoks ma też swoje lepsze fragmenty i przy na przykład curry z kurczakiem albo smażonym boczku zupełnie szczerze twarz wykrzywia grymas zadowolenia . Tak, boczek jest w dechę. Klawe było też dzisiejsze śniadanko (sam się przekonaj).

Doszło do tego, że mam w lodówce własnej roboty musztardę i majonez z naturalnych, zdrowych składników. I choć zdecydowanie jest to opłacalne finansowo i zdrowotnie, to w żaden sposób nie przypomina o niebo lepszych sklepowych sosów. Więc chyba boczek będę jadł sauté, czyli z jarmużem i marchewką.

W tym roku, jak się okazuje, tutejszy bloger postawił na zdrowie i bieganie. Trudno, najwyżej będę nieszczęśliwy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *